Niektórzy z Was pewnie wiedzą, że kilka lat temu prowadziliśmy z Marcinem (moim Mężem) bloga. Blog nie był jakoś super znany, czy czytany. Niemniej jednak przez kilka dobrych miesięcy pisaliśmy tam regularnie teksty. Tematy były przeróżne – filmy, książki, podróże, psychologia, krótkie felietony. Generalnie wszystko. I jest teraz tak, że nie zaglądamy na tego bloga od dobrych trzech lat. Jakoś się tak ułożyło Nasze Życie, że przestaliśmy go prowadzić. Jednak prawda jest taka, że Internet pamięta wszystko, że Facebook pamięta zawsze. I dziś wyskoczyło mi przypomnienie sprzed 4 lat, o tym właśnie tekście. Kliknęłam – tytuł mi nic nie mówił, w końcu to było dawno temu. Przeczytałam tekst, który sama napisałam dobrych kilka lat temu i pomyślałam sobie „Jakie to aktualne! Jakie te słowa są ponadczasowe”. Niesamowite. Tekst jest o samoocenie, o którą jak wiecie, walczyłam dobrych kilka lat. 5 lat temu byłam naprawdę już na świetnej drodze, do tego by powiedzieć i wytatuować sobie „kocham Cię”.

Zapraszam Was bardzo do przeczytania tych kilku zdań, które dla mnie w dalszym ciągu są bardzo ważne. I cieszę się niezmiennie, że FB pamięta takie rzeczy i dziękuję twórcą tegoż portalu za to, że wymyślili opcje „Twoje wspomnienia”. Z góry przepraszam za wszelkie niedoskonałości stylistyczne tego tekstu – nie chce nic w nim zmieniać, tak by zachował formę sprzed kilku lat.

Oto on:

„Nie założę tej bluzki – źle w niej wyglądam, widać moje (wymyślone) krągłości” , „nie wypowiem się na głos, nie zabiorę głosu – bo przecież się jąkam, wyśmieją mnie”, „nie złożę tam CV (mimo że marzę o tej pracy) – przecież się nie nadaję”. I tak dalej i tak dalej..

Zapytacie się może czy są to wymyślone zdania, a ja Wam wtedy powiem – oczywiście, że nie! Były dni, kiedy z takimi przekonaniami na swój temat mierzyłam się nieustannie. Codziennie sprawdzałam się, a co gorsze – moich bliskich – ile jestem dla siebie i dla nich warta. A czym częściej słyszałam dobre słowa, tym mocniej uważałam, że przecież nie może być to prawdą. Niemożliwe? Może i tak, ale jestem pewna, że nie jedna z Was i to nie raz, miała podobne przekonania na swój temat: nie uda mi się, nie dam rady. I paradoksalnie, by udowodnić sobie nie wiadomo co, sięgałam po niemożliwe. Tworzyło się błędne koło, a ja codziennie zastanawiałam się, za co moi bliscy mnie kochają.

Pewnego dnia mnie olśniło – nie miałam niestety proroczego snu. Olśniło mnie pod tym względem, że może warto byłoby poszukać gdzieś odpowiedzi? Zastanowić się o co chodzi? Dlaczego sama siebie tak męczę i dołuje? No i chyba się doszukałam – dwóch rzeczy. Pierwsze z nich to moje lęki! Oto jeden z winowajców: nieustanny, paraliżujący lęk przed przegraną, niepowodzeniem i rozczarowaniem i myśl, że jak mi się nie uda, to stanę się beznadziejna w oczach innych, ale także w swoich. Z lękiem oczywiście wiążą się kompleksy, skrywane tak głęboko, że nie przypuszczałam, że aż taki wpływ mają na moją osobę i to jaka jestem! I znalazłam środek na nie – jak nie potrafisz wygrać z wrogiem, to zaakceptuj go takim jakim jest. Mój kompleks – wada wymowy. Jak zaczęłam z nim żyć? Zdałam sobie sprawę, że nie mam wpływu na to jak będę mówić, za to mam wpływ na to co będę mówić! Przestałam się przejmować tym jak mówię i doszło do mnie, że w zasadzie nikt nie przykładał do tego większej uwagi, a ja zaczęłam jedynie dbać o to, by to co mówię, było zgodne ze mną i stanowiło pewną spójność. Pokochałam siebie, pokochałam moje słabości, otworzyłam oczy i zrozumiałam, że nie powinnam się przejmować tym na co w zasadzie nie mam wpływu, za to powinnam walczyć o to, co mogę osiągnąć i na co mam wpływ.

Nie wiem czy nie pogubiłam się za bardzo w moich myślach, mam nadzieję, że chociaż część z Was mnie zrozumiała.. ;)

 

Bardzo się cieszę, że mogłam się tymi słowami podzielić jeszcze raz z Wami!

Asia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *